PL EN
YouTube Facebook

Metal Hammer 12/2014

Foo Fighters, Osada Vida, Primordial, Crobot, Unearth, Electric Wizard, Lunatic Soul, Meshuggah, Scar Symmetry, Dr Misio, Soul Collector, While Heaven Wept, Bloodbath, ANATHEMA, Anaal Nathrakh, Tarja, Pain of Salvation, Pink Floyd

 

SPIS TREŚCI

 
Zgrzyt    3
Hard Fax 4
Foo Fighters 8
Osada Vida 12
Primordial 14
Crobot    16
Unearth 18
Electric Wizard 19
Lunatic Soul 20
Meshuggah 22
Scar Symmetry 24
Dr Misio 26
Przewodnik MH 28
Nightingale 30
Soul Collector    32
Book Zapłać 41
Tatuaże 42
While Heaven Wept 44
Nick Borge 45
Porozumienie Ponad Podziałami 46
Bloodbath 48
Anathema 50
Anaal Narkhtah 52
Mało Znane Mało Grane 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Tarja 62
Pain Of Salvation 64
Pink Floyd 65
Live: Taake 66
Live: Kruk 67
Live: Napalm Death    68
Out Of The Darkness    69
Die Young 70
 

ZGRZYT

Jesienny wysyp płytowych nowości...

potrafi przytłoczyć. Na rynek trafiają dziesiątki jeśli nie setki nowych wydawnictw, w różnych formatach i postaciach: tradycyjnych płyt CD, winyli, w wersjach elektronicznych a nawet – co ostatnio modne – na kasetach. Jak spośród tej mnogości dźwięków wyodrębnić te najbardziej wartościowe, jak w ogóle dotrzeć do informacji, że ten czy inny wykonawca wydaje właśnie swój nowy materiał? Dziś w dobie Internetu wydaje się to przecież prostsze niż kiedykolwiek ale czy tak jest naprawdę? Chyba nie... Zalewa nas ogromne twórcze tsunami, w którym każdy przekonuje, że to jego sztuka, jego muzyka jest tą najlepszą, najprawdziwszą, najbardziej wartą uwagi.

Wierzę, że Czytelnicy Metal Hammera dzięki naszemu magazynowi potrafią w tym oceanie muzycznych nowości znaleźć więcej niż inni. Wierzę, że dziesiątki płyt które przesłuchujemy co miesiąc i które później dla Was opisujemy stanowią bazę, na której możecie się oprzeć w swoich muzycznych poszukiwaniach i sądach. Inaczej żmudna i często mrówcza praca naszych dziennikarzy nie miałaby chyba sensu.

A w najnowszym wydaniu, jak zwykle zmierzyliśmy się z różnorodnymi tematami: fanów rocka z pewnością zainteresuje artykuł o Foo Fighters ale też i rozmowa z Arkiem Jakubikiem, który właśnie wydał nową, doskonałą płytę Dr Misio. Ci, którzy lubią mierzyć się z jeszcze mocniejszym brzmieniem przychylnie spojrzą na wywiady z Primordial, Electric Wizard, Bloodbath czy Meshuggah. Przygotowaliśmy dla Was też coś z około muzycznych tematów; pierwsza część wywiadu z Krzysztofem Brankowskim czy wizyta w studiu tatuażu muzyków Frontside to tylko niektóre z nich.

Darek Świtała

 

ALBUM MIESIĄCA

NIGHTINGALE

Retribution

(Inside Out)

Po wydaniu przed siedmiu laty rewelacyjnego „White Darkness” czekałem na jego następcę z ogromną niecierpliwością. Czas płynął, a wraz z jego upływem można było zwątpić, czy siódmy album Nightingale kiedykolwiek stanie się faktem. Skutkiem tego straciłem czujność, zagapiłem się wręcz niewybaczalnie i niemalże przemocą musiałem „wyrywać” „Retribution” spod ciętego pióra (klawiatury?) red. Krzywińskiego (dzięki, Maciek, za odstąpienie tejże recenzji). W efekcie zamiast rzeczowej porcji krytyki będziecie musieli zderzyć się z falą tak słodkiego, że aż mdlącego potoku słów, na swoje wytłumaczenie mam jednak dość mocny argument: „Retribution” to album znakomity. Dojrzały, pełen… muzyki, a nie przypadkowych dźwięków stanowiących jej substytut, przemyślany. I będący bezpośrednią kontynuacją „Invisible” i „White Darkness”. Ktokolwiek więc oczekiwał na podtrzymanie obranego na tychże krążkach kierunku, ten powinien poczuć się w pełni ukontentowany, bo choć Dan Swanö i jego nieco mniej znany brat, Dag, bywają nieprzewidywalni (ręka do góry, kto pamięta wizjonerski Pan-Thy-Monium?), to tym razem nie zdecydowali się na rewolucję, ani nawet na ewolucję. Żadnych stylistycznych wolt. Za to raz jeszcze zestawienie hard rocka i AOR (w dużym uproszczeniu - komercyjnego rocka z silnym piętnem lat 80. dla słuchaczy o guście już wyrobionym), z dotknięciem progresji i dyskretnej przebojowości. To wręcz zaskakujące, że przy użyciu tak skromnych środków wyrazu i w oparciu o motywy wydawałoby się, że proste i oczywiste (o której to prostocie i oczywistości sam Dan wypowiedział się, że niełatwo tworzy się takie konstrukcje), udało się szwedzkiemu kwartetowi nagrać materiał tak wciągający, pogodny, czarujący i… piękny. Emanujący spokojem, kojący i refleksyjny. Każda spośród dziesięciu kompozycji uwodzi bezpretensjonalnym charakterem, każda posiada też wyraziste piętno odróżniające ją od pozostałych. Wszystkie natomiast są starannie wyważone, dalekie od taniego efekciarstwa i zbędnego kombinowania. Żadnej polirytmii, żadnych nerwowych wtrętów ukrytych na drugim planie, a zamiast muzycznej matematyki dźwiękowy raj dla humanistów i poszukiwaczy emocji. Przekłada się to na zaledwie umiarkowany przester gitar, sporo wtrąceń akustycznych, wyrazistą, ale rozważną pracę sekcji rytmicznej, rasowe, ale jednak oszczędne solówki (świetna choćby w „27 (Curse Or Coincidence?”) oraz na całą masę podbarwionych organowo klawiszowych brzmień, za które odpowiadają obaj bracia Swanö. No i jak to jest zaśpiewane… Głos Dana brzmi dojrzale jak nigdy dotąd. Jego czystą barwą głosu zachwycałem się od momentu, gdy wraz z Edge Of Sanity w sposób mistrzowski i prawdziwie przejmujący zaśpiewał „Blood Of My Enemies” z repertuaru Manowar (to wykonanie znajdziecie na albumie „The Spectral Sorrows” z roku 1993), ale tym razem przeszedł sam siebie i zaprezentował się wręcz… szlachetnie. I niezwykle sugestywnie. Na tle trzymającej równy poziom całości trudno wyróżnić którąkolwiek kompozycję, ale już teraz widzę następców genialnie zapadającego w pamięć „Reasons” z poprzedniego krążka. Podobny potencjał posiada dynamiczny „Forevermore”, wyciszony „Lucifer’s Lament” (przepiękne partie gitary akustycznej) czy zróżnicowany „27 (Curse Or Coincidence?)” z doskonałą wręcz partią pianina (skojarzenie z nastrojem filmu „The Piano” mile widziane). Ale czy można czegokolwiek odmówić kompozycjom „On Stolen Wings”, „Chasing The Storm Away” czy „The Maze”? Zdecydowanie nie. Nawet najbardziej stonowany i delikatny „Divided I Fall”, choć w pewien sposób ckliwy, nie da się zaliczyć do kompozycji banalnych. Całości dopełnia dopieszczone, pełne i naturalne brzmienie; można stwierdzić, że dźwięki te zostały wręcz otulone w ciepły i przyjemny sound, a Dan na znakomity efekt przekuł całe dotychczasowe doświadczenie realizatorskie. Podobnie Travis Smith wykazał się w swojej sferze działań artystycznych, czego owocem jest wyśmienita okładka świetnie korespondująca z muzyką. W ciągu kilku dni przesłuchałem ten album dobrych trzydzieści razy i jestem już pewien, że to jedna z tych płyt, dla których warto szanować recenzenckie „piątki”. I trudno też wyobrazić sobie bardziej gustowną odskocznię od dźwięków agresywnych i brutalnych. Przynajmniej raz na jakiś czas dobrze tak odskoczyć, zwolnić tempo, wyciszyć się i zamyślić… Piękna muzyka na nerwowe czasy.

Rafał Monastyrski