PL EN
YouTube Facebook

Metal Hammer 1/2015

AC/DC, Redakcja Podsumowuje Rok 2014, Witchmaster, Led Zeppelin, Blind Guardian, Soulburn, Opeth, Death Wolf, Liv Kristine, Epica, Alpha Tiger, Battle Beast, Soundgarden, Job For A Cowboy

 

SPIS TREŚCI

AC/DC 8
Redakcja Podsumowuje Rok 12
Witchmaster 16
Led Zeppelin 18
Blind Guardian 20
Soulburn 22
Angelus Apatrida 23
Opeth 24
Death Wolf 26
Przewodnik MH 28
Bernie Marsden 30
Liv Kristine 32
Book Zapłać 41
Thanatos 42
Epica 43
Necrophagia 44
Leszek Gnoiński O Marku Piekarczyku 46
Podsumowanie Roku 48
Alpha Tiger 51
Battle Beast 52
Soundgarden 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Job For A Cowboy 62
Live 64
Die Young 70
 

ZGRZYT

Nasz styczniowy numer...

tradycyjnie ukazuje się jeszcze przed świętami. Koniec roku to czas podsumowań, co oczywiście odbija się też na zawartości najnowszego wydania Metal Hammera. O swoich ulubionych płytach, wydarzeniach muzycznych ale i rozczarowaniach opowiadają kilka stron dalej nasi dziennikarze w podsumowaniu ostatnich dwunastu miesięcy.

Kiedy kilka ładnych lat temu ukazała się płyta „Black Ice” wiele wskazywało na to, że będzie to ostatnie studyjne dzieło AC/DC. Tymczasem zespół – mimo że osłabiony brakiem Malcolma Younga – sprezentował nam kolejny album. Bardzo ascetyczny, znów przesycony bluesrockową aurą ale i riffami, które absolutnie nie odcinają Australijczyków od – oczywiście godnie zapracowanej – popularności. „Rock or Bust” słucha się z wypiekami na twarzy a jedynym mankamentem tej płyty jest to, że trwa niecałe czterdzieści minut.

W numerze znajdziecie także sporo wywiadów, zapowiadających najnowsze materiały płytowe z – już – 2015 roku. Proponujemy Wam również koncertowe relacje, nasze stałe rubryki – Book Zapłać i Przewodnik Metal Hammera – oraz przegląd recenzji płytowych nowości.

Dobrych Świąt i najlepszego w 2015 roku!

Redakcja

 

ALBUM MIESIĄCA

DIABLO BLVD

Follow The Deadlights

(Nuclear Blast)

Nie trzeba być fanem - kultowego w pewnych kręgach - "Przekrętu", by wiedzieć, że Antwerpia to miasto diamentów. a śmigający na rowerach, pejsaci chasydzi uczynili z belgijskiej metropolii największy na świecie ośrodek handlu tymi drogocennymi kamieniami. Skąd ta quasijubilerska dygresja? Ano stąd, że bossowie Nuclear Blast są przekonani, że tym razem nad Skaldą szlify zyskał wyjątkowy, muzyczny klejnot, który ma wszelkie predyspozycje ku temu, by swym blaskiem czarować tłumy zgromadzone w dużych arenach i na stadionach. Czy spece z Donzdorfu - którzy czym prędzej podsunęli muzykom z Flandrii stosowny cyrograf - mają rację? Sprawdźmy pod lupą.

Diablo BLVD - to mimo dziesięcioletniego już stażu i dwóch pełnometrażowych krążków w dyskografii - nazwa u nas stosunkowo mało znana. Google'ujących poszukiwaczy wiedzy o zespole zdziwić - a niektórych być może nawet odstręczyć - może więc fakt, że za mikrofonem stoi tu niejaki Alex Agnew. Koleżka, który w Belgii cieszył się iście gwiazdorskim statusem, jako... stand-upowy performer. Po naszemu i bardziej swojsko - kabareciarz. Nie pierwszy lepszy jednak, a taki, który cztery razy z rzędu wyprzedawał 17-tysięczną Sportpaleis w rodzinnym mieście, a płyty DVD ze skeczami opchnął w ponad 150 tys. egzemplarzy. Na "Follow The Deadlights" żartów jednak nie ma. Koleżka obdarzony ciepłym i głębokim głosem, cisnął w kąt (podobno na dobre) sławę komika i trochę podobnie jak u nas Arek Jakubik, sprawą życia i śmierci uczynił rockowy band. Wiele wskazuje na to, że wokalista, którego barwa kojarzyć może się z Ianem Astburym (w większym) i z Glenem Danzigiem (w mniejszym stopniu), nie będzie już musiał wymyślać dowcipów. No chyba, że przyjdzie mu ochota wkręcać kolesi z tourbusa. Lider Diablo BLVD kreuje sugestywny, lekko nostalgiczny nastrój. Uwodzi melodyjnym śpiewem. Jedynie w: "Get up 9", "End of Time" i zamykającym całość "Inhuman" pojawiają się okazjonalne growle. Towarzyszący mu instrumentaliści grają może i bez fajerwerków, ale czujnie. To ludzie ze stażem w kilku ekipach, z których najbardziej znana to chyba Born From Pain. Choć akurat w tym przypadku nie ma mowy o jakichkolwiek analogiach. 10 piosenek Belgów mieści się w szeroko rozumianych: hard rockowych, heavy metalowych, rock'n'rollowych i delikatnie zahaczających o gotyk rejonach. Czy to delikatnie southernowaty "Beyond the Veil", metalikowato-dekaltowy "End of Time", gotycko-przebojowy "Son of Cain", rock'n'rollowy na modłę dokonań Mustasch "Peace Won by War", czy też przywołujący echa The 69 Eyes, numer tytułowy - w każdym z tych wcieleń Diablo BLVD czują się swobodnie jak żona posła PiS na pokładzie niskokosztowego boeinga. Ostatnią sensacją dużego formatu w podobnym, mainstreamowym graniu był bodajże Volbeat. Twórczość Duńczyków też może być tu pewnym dźwiękowskazem. Posłuchajcie choćby, jak buja "Fear Is for the Enemy". Podobnie radio friendly - choć chyba nie tak intensywnie jak w przypadku kopenhaskiej załogi - kompozycje Belgów mają predyspozycje ku temu, by katapultować swoich autorów na duże, festiwalowe sceny. A skoro już o nich mowa, to pamiętam, jak w 2008 roku twórcy "Rock The Rebel/Metal The Devil" występowali o godz. 14, w pełnym słońcu, a trzy lata później byli headlinerem With Full Force. Czy Belgów czeka podobny skok? Ze wsparciem poważnego labela i asami w rękawie, pokroju "We Are Legion" (z basowym pochodem a'la TON i refrenem stworzonym do wspólnego wyśpiewania w tłumie), taki scenariusz wcale nie musi być nierealny. Zaczęliśmy od diamentów. By więc spiąć te pokrętne wynurzenia klamrą, sięgnę po jeszcze jedno skojarzenie. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że te szlachetne kamienie są najlepszymi przyjaciółmi kobiety. Idę o zakład, że Panie, którym serca skradli m.in.: Peter Steele (R.I.P.), Ville Valo i Mikael Poulsen, przy przebojach Diablo BLVD poczują podobnie przyjemne fluidy. Zapewne nie tylko one.

Maciej Miskiewicz