PL EN
ok
YouTube Facebook

Metal Hammer 8/2015

Ghost, Fear Factory, Hate Eternal, Next To None, Faith No More, Butcher Babies, Krisiun, Pro-Pain, Suicide Silence, Cradle Of Filth, Cozy Powell, Raging Death, Joe Satriani, Steve Von Till, Proletaryat, Spock's Beard, Magnificent Muttley, Artrosis

 

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Ghost 8
Fear Factory 12
Hate Eternal 14
Next To None 16
Faith No More 18
Butcher Babies 20
Krisiun 22
Pro-Pain 24
Terror 26
Suicide Silence 27
Cradle Of Filth 28
Cozy Powell 30
Raging Death 32
Book Zapłać 41
Joe Satriani 42
Steve Von Till 44
Proletaryat 46
Spock's Beard 48
Piwo Zamiast Gitary 49
Magnificent Muttley 50
Artrosis 52
Nutshell 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Live Metalfest    64
Live MH Festival 66
Live Exodus 67
Live Blues Pills 67
Na Zachód Od Metalu 68
Out Of The Darkness 69
Die Young 70
 

ZGRZYT

Ghost...
 
jak to prawdziwy duch, pojawił się znikąd, nie do końca wiadomo dokąd zmierza i czym jest... Jedno jest pewne; ten Ghost gra wyjątkową muzykę. Metalową? Nic bardziej mylnego... Oczywiście tu i tam zdarza się im użyć prawdziwie potężnych, metalowych brzmień ale na najnowszej płycie zespół przede wszystkim dalej intryguje; melodyjnymi wokalizami, dziwną atmosferą i ciekawą brzmieniowo produkcją... To dlatego uhonorowaliśmy ich okładką. Mocna rzecz.
 
Mimo, że wakacje trwają w najlepsze rockowa scena nie zwalania tempa. My też. Przygotowaliśmy dla Was wywiady z Fear Factory, Hate Eternal, Faith No More, Butcher Babies, Krisiun, Pro-Pain, Cradle Of Filth, Joe Satrianim, Stevem von Tillem i naszymi rodzimymi zespołami: Artrosis i Proletaryatem. W rubryce recenzje jak zwykle opisaliśmy większość interesujących nowości a koncertowe relacje pomieściły tym razem opisy i zdjęcia z czeskiego Metal Festu i – nomen omen – Metal Hammer Festival. Co jeszcze? Sprawdźcie sami.
 
Darek Świtała

 

ALBUM MIESIĄCA

NILE
„What Should Not Be Unearthed”
(Nuclear Blast)
 
Zacznijmy od małego skoku w przeszłość. Wprost do lat 90. XX wieku. Do płodnego, ale i rujnującego okresu w historii muzyki metalowej. To wtedy narodziły się nowe nurty, w mroki niepamięci spychając wszystko, co klasyczne, od hard rocka po brutalny death metal. Połowa dekady przyniosła takie spustoszenie w metalowych szeregach, iż wydawało się, że to zmierzch pewnej epoki bez szans na nowy początek. A jednak… Najpierw jako zbawca klasycznego heavy metalu zadebiutował Hammerfall, rok później jako jeden z odnowicieli metalu śmierci świeże spojrzenie na skostniałe wówczas deathmetalowe schematy zaproponował Nile. Na czym polegało odświeżenie? Na zestawieniu maksymalnej brutalności, imponującej techniki gry, tematyki osadzonej w Egipcie sprzed kilku tysiącleci i odrobiny tamtejszego muzycznego folkloru. Niby niewiele, a jednak wystarczyło, by nagle death metal zaczął wracać do łask fanów i muzycznych mediów. To był rok 1998, od tamtego czasu wiele wody w Nilu upłynęło, poczęte wówczas nowe pokolenie fanów metalu zdążyło już wkroczyć w dorosłość, a i samo amerykańskie komando, wydając siedem albumów długogrających, stało się marką tyleż uznaną, co w pewien sposób przewidywalną. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że i nowy materiał nie zaskakuje. Mózg zespołu, Karl Sanders, zapowiedział wprawdzie odejście od sterylnego klimatu „At The Gate Of Sethu”, tyle że nie na rzecz czegokolwiek zupełnie nowego, a raczej powrotu do sprawdzonej formuły z „Annihilation Of The Wicked”. W bardziej miażdżącej formie. Tu należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego „What Should Not Be Unearthed” zostaje niniejszym wyróżniony jako album miesiąca, skoro nie przynosi muzycznej rewolucji, a i w dyskografii zespołu trudno będzie uznać go za najlepszy materiał? Odpowiedź jest prosta. Bo Nile, gdy gra po prostu swoje, na tle całokształtu sceny pozostaje zespołem niesamowicie oryginalnym. Rozpoznawalnym dosłownie po kilka zagranych taktach, a mówimy w końcu o gatunku, w którym twórczość setek zespołów zlewa się w cokolwiek jednolitą magmę. Nile natomiast, poruszając się po skrajnych krawędziach brutalności, jest wyjątkowy. I nie decydują o tym jedynie egipskiego pochodzenia, mocno egzotyczne dla przeciętnego fana metalu muzyczne wstawki, których i na „What…” nie brakuje(wstęp do „In The Name Of Amun”, fragmenty utworu tytułowego, czy w całości akustyczny i podniosły „Ushabti Reanimator”). W sposób decydujący nie przesądzają o oryginalności historyczne teksty, ani nawet - choćbyśmy nawet bardzo tego chcieli z pobudek patriotycznych – klimatyczna okładka autorstwa Michała „Xaay’a” Loranca. Nile pozostaje wyjątkowy i unikalny przede wszystkim w tych momentach, kiedy przy użyciu klasycznego deathmetalowego instrumentarium brutalnością skręca karki, unikalną atmosferę buduje w sposób znany chyba tylko sobie, a poziomem technicznym zawstydza nie tylko progmetalowców, ale i jazzmanów. Przy czym, co warto zaznaczyć, na nowej płycie umiejętności techniczne nie są już celem samym w sobie, a raczej służą okrutnemu przyłożeniu, tyle że z jeszcze większą wykonawczą swobodą. Poza tym mamy na „What…” wszystkie elementy, które stały się znakiem firmowym zespołu. Wspomniane wyżej egipskie naleciałości są słyszalne i widoczne. Dualność wokalna z dominującym grobowym rykiem Karla Sandersa i gardłowym charkotem Dallasa Toler-Wade’a nadal daje wycisk aż miło (oczywiście wszystkim wyznawcom metalu śmierci). Obłędne przebieżki gitarzystów po gryfach przy wtórze zapętlonych, dokładnych i precyzyjnych uderzeń George Kolliasa z wrażenia zapierają dech („Call To Destruction”, „Negating The Abominable Coils To Apep”, „Liber Stellae – Rubaeae” i kilka innych). Podobnie jak niektóre gitarowe motywy przewodnie, w okrutny sposób chwytliwe i zachwycające („In The Name Of Amun”, „Evil To Cast Out Evil”, „To Walk Forth From Flames Unscathed”). Ultra-szybkie fragmenty są tak intensywne, że intensywniej chyba już się nie da. A przynajmniej bez zagubienia sensu. Ale i tak największe wrażenie – a przy okazji spustoszenie - czynią miażdżące zwolnienia. To, co dzieje się w ostatniej minucie „In The Name Of Amun”, to już miazga absolutna. „Age Of Famine” gniecie, fragmenty „To Walk…” wbijają w glebę, dobre półtora minuty utworu tytułowego rozjeżdża słuchacza niczym walec drogowy. Łatwo sobie wyobrazić, że spustoszenia podczas koncertów mogą być podobne jak podczas „Sarcophagus” czy „Black Seeds Of Vengeance”, co zapewne potwierdzi się już pod koniec sierpnia w Warszawie i Wrocławiu (tam się spotkamy!), gdzie Nile zagra w doborowym towarzystwie Suffocation. Krótko podsumowując: nie jestem przekonany, że ósmy album Nile jest tym najlepszym w dyskografii zespołu. Nie mam natomiast wątpliwości, że podtrzymuje on jego status jako jednego z najważniejszych i najbardziej oryginalnych ekstremalnych aktów świata. Let the Nile flow!  
 
Rafał Monastyrski