PL EN
ok
YouTube Facebook

Metal Hammer 7/2015

MH Festival, Armored Saint, Kataklysm, Def Leppard, Budgie, Symphony X, Lindemann, Krabathor, Powerwolf, Camel, Myly Ludzie

 

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
MH Festival 8
Armored Saint 14
Mało Znane Mało Grane 16
Kataklysm 18
Def Leppard 20
Budgie 22
Symphony X 24
Lindemann 26
Krabathor 28
Heaven & Hell 30

Powerwolf 69
Camel 65
Embrional 63
Jerry Brewery 61
Book Zapłać 59
Album Miesiąca 58
Recenzje 57
Terrordome 51
Parricide 49
Myly Ludzie 47
Live Faith No More 45
Live At The Gates 44
Zorormr 43
Out Of The Darkness 42
Die Young 41
 

ZGRZYT

Firmowany naszą nazwą
METAL HAMMER FESTIVAL...

… już za kilka dni w kultowym katowickim Spodku! Tym razem w nieco innej, progresywnej odsłonie. Głównym bohaterem dnia będą klasycy gatunku – Dream Theater, a obok nich zaprezentują się: Riverside (muzycy zapowiadają, że w Spodku po raz pierwszy zabrzmią nowe utwory z przygotowywanej właśnie płyty!), Evergrey (ten zespół cieszy się wśród polskich fanów dużą popularnością), Collage (prawdziwa legenda polskiej sceny progresywnej) a także Osada Vida, Tides From Nebula, One zaś całość festiwalu efektownie otworzy Art Of Illusion, zespół który szybko zdobywa zasłużoną popularność wśród fanów prog metalowego grania.

Oczywiście wywiady z zespołami Metal Hammer Festival to tylko część naszych propozycji; w lipcowym wydaniu znalazło się jeszcze miejsce i dla nowego projektu wokalisty Rammstein, i dla klasyków z Def Leppard i Armored Saint ale udało nam się też przeprowadzić szczególną rozmowę – z Andrew Latimerem liderem tak bardzo cenionej w Polsce grupy Camel, która już w lipcu zagra u nas dwa koncerty...

Tymczasem...
Do zobaczenia 27 czerwca w Spodku!
 
Darek Świtała

 

ALBUM MIESIĄCA

STEVE'N'SEAGULLS
Farm Machine
(Spinefarm Records)

Gdy pierwszy raz usłyszałem „Thunderstruck” w wykonaniu Steve'n'Seagulls pomyślałem sobie, że żyjący gdzieś w Alabamie lub Mississippi panowie mają niemały talent. Byłem pod wrażeniem, że zamiast poświęcać swój drogocenny czas na pędzenie bimbru gdzieś w środku niczego, grillowanie lub jazdę po pijaku i strzelanie do wszystkiego co się rusza, woleli zająć się stworzeniem bluegrassowej aranżacji. Wpadłem w zdumienie, gdy dowiedziałem się, że owi dżentelmeni wcale nie pochodzą z południa Stanów Zjednoczonych, a z północnych rubieży naszego kontynentu, a mianowicie z Finlandii. Bluegrass i Finlandia, ciekawe połączenie… Ucieszyłem się, gdy chłopaki zaczęli zamieszczać w sieci więcej swoich dokonań oraz gdy usłyszałem, że postanowili nagrać album z tym swoim „grajkowaniem”. Owszem, już wcześniej pojawiały się podobne projekty. Chociażby amerykański Hayseed Dixie i ich „A Hillbilly Tribute do AC/DC”, ale jeśli chodzi o Europę, to chyba pierwsze takie muzyczne wydarzenie. A przynajmniej pierwsze, które zyskało tak duży rozgłos… Oglądając pełne luzu klipy przygotowane przez chłopaków można było się spodziewać jakiejś parodii na wzór tego co robi Weird Al Yankovic, tylko w wersji zapijaczonego rednecka w podartych spodniach ogrodniczkach. Nic bardziej mylnego, „Farm Machine” to rasowy cover album, wszystkie kawałki zostały nagrane bardzo profesjonalnie. Oczywiście, słychać tu radość z gry, ale nie ma tu miejsca na durnowate zgrywy rodem z filmu „Diukowie Hazzardu”. Z płytą wita nas instrumentalne intro „Grand Opening”; już ta trwająca niespełna minutę miniaturka sprawia, że myślami przenosimy się na zabite dechami południe USA. Na pierwszy ogień idzie cover „Black Dog” Zeppelinów - doskonale pasowałby do jakiejś wiejskiej potańcówki. Partie wokalne brzmią świetnie, pomimo podobieństw do śpiewu Roberta Planta, wokalista nie stara się naśladować go na siłę (i bardzo dobrze!). Cholernie podoba mi się fragment pod koniec utworu gdzie muzycy wygwizdują melodyjkę. Taki mały smaczek, a cieszy i bawi. We wspomnianym „Thunderstruck” na pierwszy plan wychodzi harmonia (pierwszorzędne solo!) i kontrabas, a na twarzy znów pojawia się uśmiech, tym razem gdy usłyszymy chóralny zaśpiew. W „The Trooper” doskonale odwzorowane typowo maidenowską galopadę. Co ważne, chłopaki ani na chwilę nie zwalniają, nie popełniają nawet najmniejszych błędów. Wszystko zagrane jest iście po mistrzowsku, a jak dobrze wiadomo, gra na banjo do najprostszych nie należy… Aranżacja „Ich Will” w wykonaniu Steve'a i jego Mew podoba mi się bardziej niż oryginał. Miarowo wybijany rytm i powtarzane w tle „ich will” brzmią bardzo teutońsko. Mamy tu też interesujący chóralny zaśpiew oraz grę na harmonii – jakbyśmy się przenieśli w okolice Bawarii. W „Paradise City” teleportujemy się na werandę wiejskiego domu, gdzieś w Alabamie; w tym numerze największe wrażenie robi kapitalnie wykonany refren, tego po prostu trzeba posłuchać. „Nothing Else Matters” w wersji bluegrass również nie mam nic do zarzucenia, blednie jednak przy następnym „Over The Hills And Far Away”. Już od pierwszych taktów noga tupie nam do rytmu, a gęba sama się uśmiecha. Kapitalny kawałek. „Holy Diver” sprawia z kolei, że nachodzi nas chęć, by wsiąść na konia i wybrać się na małą przejażdżkę, ma w sobie to coś. Znalazło się tu też miejsce na małą instrumentalną popisówę… „Run To The Hills” prezentuje się równie okazale co „The Trooper”, chłopaki dają z siebie wszystko. Płytę zamykają „You Shook Me All Night Long” i „Cemetery Gates”, w tym ostatnim można usłyszeć doskonale wplecione dźwięki polki… Przy „Farm Machine” bawiłem się znakomicie, nagrywając ją Finowie wykonali kawał niesamowitej roboty. Mam nadzieję, że nie spoczną na laurach i już niedługo zabiorą za kolejny album…

Piotr Stypka