PL EN
YouTube Facebook

Metal Hammer 11/2014

Cavalera Conspiracy, California Breed, Machine Head, Exlibris, Furia, Hang The Bastard, Devilment, PHILM, Trzynasta w Samo Poludnie, Devin Townsend, At The Gates (Official), Monster Magnet, Acid Drinkers, Atom, Obituary 

 

SPIS TREŚCI

 
Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Cavalera Conspiracy 8
California Breed 12
Machine Head 14
Onkel Tom 16
Exlibris 18
Furia 20
Hang The Bastard 22
Gormathon 24
Devilment 26
Przewodnik MH 28
Philm 30
Amulet 41
Trzynasta W Samo Południe 42
Devin Townsend Project 44
Porozumienie Ponad Podziałami 46
At The Gates 48
Monster Magnet 50
Acid Drinkers 52
Atom 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Vesania    61
Obituary 62
Live Behemoth 64
Live Ceti 65
Live Acid Drinkers 66
Live Alestorm 76
Live Hazael 68
Die Young 70
 

ZGRZYT

Muzyka łączy ludzi...

i to nie tylko różnych pokoleń... Dobrym przykładem są bracia Cavalera – po wielu latach kłótni, Max i Igor połączyli znów siły pod muzyczną banderą, a najnowszy album Cavalera Conspiracy bez kompleksów nawiązuje do dokonań kultowego Nailbomb. Zresztą siłą rzeczy fani Sepultury też znajdą tu coś dla siebie.

W listopadzie odwiedzi nasz kraj California Breed – trio dowodzone przez Glenna Hughesa, o muzyce tej grupy, rozstaniu z Jasonem Bonhamem i Deep Purple, rozmawialiśmy właśnie z legendarnym basistą i wokalistą, a zapis tej rozmowy znajdziecie na stronie 12.

Mocnym akcentem listopadowego numeru są wywiady z polskimi wykonawcami – Nihil (jak zwykle dość pokrętnie) opowiada o nowej płycie Furia, muzycy Exlibris odsłaniają kulisy powstania swego nowego krążka, a Trzynasta w Samo Południe zdradzają dlaczego marzy im się zabijanie zombie piłą łańcuchową.

Obszerna jest w tym wydaniu rubryka koncertowa. Ale też sporo się działo: koncerty Acid Drinkers, CETI czy Behemoth to wspaniałe muzyczne misteria. Kto nie był – ma szansę o nich przeczytać właśnie na naszych łamach.

Darek Świtała

 

ALBUM MIESIĄCA

CETI

Brutus Syndrome

(Metal Mind Productions)

Cztery dni. Tyle czasu zajęła ekipie z CETI rejestracja „Brutus Syndrome”. Rejestracja z naciskiem położonym na naturalność brzmienia. Jak za czasów dla muzyki hard’n’heavy najbardziej owocnych. Te fakty, wespół z obfitym przypływem pomysłów spod znaku aż do bólu klasycznego heavy metalu, prawdopodobnie w sposób kluczowy wpłynęły na charakter nowego materiału. Nowego i świeżego, ale podobnie jak w przypadku ostatnich dokonań Accept, w sposób bezpośredni nawiązującego do klasyki gatunku. „Toż to ma energię jak wczesny Maiden”, taka oto myśl-samotniczka przebiegła mi przez głowę po pierwszych kilku przesłuchaniach. Po kolejnych bynajmniej nie ustąpiła, za to niejasne podejrzenia o muzyczną wtórność rozwiały się w sposób jednoznaczny i radykalny, ustępując miejsca zachwytowi. Tak, tak, autentycznemu zachwytowi. Może to dlatego, że na podobnego rodzaju materiał z obozu Żelaznej Dziewicy nawet już nie czekam? Brytyjczycy albo nie chcą, albo nie potrafią już tak grać, nic też dziwnego, że w zestawieniu z usypiającym „The Final Frontier” „Brutus Syndrome” prezentuje się niczym prawdziwy heavymetalowy wulkan, z którego jak wrząca lawa wystrzeliwują kolejne doskonałe riffy, rasowe solówki i pełne pasji partie wokalne. „Monastyrski znowu przesadza, znowu tonie w potoku własnej grafomanii…”, macie pełne prawo stwierdzić, nic jednak nie poradzę, że napędzany i nakręcany kolejnymi kontaktami z „Brutus…”, z dokładnie takimi odczuciami się zmagam. Schodząc na moment na Ziemię, spróbuję jednak dociec, w czym dokładnie tkwi siła tego albumu. Po pierwsze więc – w wokalach. Grzegorz Kupczyk po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najlepszych heavymetalowych wokalistów w tym kraju. Sposób, w jaki balansuje pomiędzy partiami utrzymanymi w rejestrach od umiarkowanych po najwyższe, jest doprawdy imponujący. I nieprzypadkowy, co udowodnił na żywo dwa dni temu we Wrocławiu podczas przedpremierowego koncertu, gdzie zespół wykonał dokładnie połowę kompozycji z „Brutus…”. Atut drugi to gitarowa maestria (znowu nadużywam?... po trzykroć nie!) Bartosza Sadury. Wycinane przez niego riffy, prócz mocy, posiadają też znak jakości najbardziej rasowego heavy metalu i hard rocka. Melodyjne pasaże i nie tylko techniczne, ale i pełne emocji solówki (choćby w „Fight To Kill”, „Wizards Of The Modern World”, „Masters Of Dull”, „The Evil And The Troy”… i w zasadzie we wszystkich pozostałych kompozycjach), stanowią prawdziwą ozdobę tej płyty. Do gry sekcji rytmicznej również w żaden sposób przyczepić się nie da, za to należałoby pochwalić wybór nowego basisty. Dzięki Tomkowi Targoszowi materiał ten dodatkowo pulsuje, tętni i żyje, a pięknie wyeksponowany bas porywającego charakteru dodaje m.in. „Wizards…”, „The Evil…” (basowe solo!), „Devil Made Me Do It” czy „Second Sin”. No i pozostały jeszcze Marihuany harce na keyboardzie… Bardzo lubię partie klawiszy w heavy metalu, ale pod warunkiem, że są mądrze wykorzystane. Dokładnie tak dzieje się na „Brutus…”, gdzie zazwyczaj dyskretne motywy, uzupełniające przestrzeń gdzieś pomiędzy gitarowymi riffami, w pełni wyeksponowane są dokładnie tam, gdzie należy, czyli choćby w balladowym „Somethin’ More” czy niepokojącym „Run To Nowhere”, w którym poziom niepokoju zdecydowanie potęgują. Co do charakteru samych kompozycji, to nudzić się przy „Brutus… zdecydowanie nie można. „Fight To Kill” i „Wizards…” galopują zgodnie z najlepszymi tradycjami heavy metalu. „The Evil…” pełen jest esencjonalnych dla gatunku riffów, wyróżnia się też rozbudowaną sekcją solową. Bardziej stateczny „The Song Will Remain” to ni mniej, ni więcej tylko rasowy hard rock. „Masters Of Dull” raz jeszcze znakomicie nawiązuje do Maiden, a śpiewne „ooooo…” w finale jedynie to potwierdza. „Run To Nowhere” świetnie łączy ciężar i zabójczą motorykę ze wspomnianym wcześniej nastrojem niepokoju. „Sons Of Brutus” w sposób miażdżący najzwyczajniej wgniata w glebę, za to „Somethin’ More” działa nadzwyczaj kojąco, choć nie brak w nim motywów zaczepnych i drapieżnych. Pomimo zróżnicowania, jako całość, „Brutus…” jest materiałem bardzo konkretnym i zwartym, a stylistycznie jednolitym. Tradycyjnym, ale nie archaicznym, co można odnieść także do brzmienia. Sound „Brutus…” jest w pewnym stopniu surowy, jednak z pewnością nie rachityczny. Za to soczysty, organiczny i dynamiczny - jak najbardziej. Podsumowując całość, pozwolę sobie na jeszcze jeden górnolotny spazm: „Brutus Syndrome” jest nie tylko jednym z najmocniejszych albumów CETI, ale i jednym z najlepszych heavymetalowych materiałów z Polski rodem. A teraz niech zweryfikuje to historia…

Rafał Monastyrski