PL EN
ok
YouTube Facebook
Faith No More

Metal Hammer 6/2015

TSA, Whitesnake, Dir En Grey, Helloween, Leprous, The Vintage Caravan, Outre, Antigama, Dio, Kurhan, Ancient Rites, Body Count, Frontside, Exodus, The Stubs, Art Of Illusion, Mr. Pollack

   

SPIS TREŚCI

Hard Fax 4
TSA 8
Whitesnake 12
Dir En Grey 16
Helloween 18
Leprous 20
The Vintage Caravan 22
Outre 24
Antigama 26
Przewodnik MH 28
Dio 30
Kurhan 32
Book Zapłać 41
Ancient Rites 42
Body Count 44
Frontside 46
Drummers From Hell 48
Roadhog 50
Exodus 52
Mało Znane Mało Grane 53
The Stubs 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Art Of Illusion 62
Symbolical 64
Mr Pollack 66
Out Of The Darkness    69
Die Young 70
 

ZGRZYT

TSA...
 
wiadomo – legenda. Ale legenda wiecznie żywa, bo zespół wciąż gra świetne koncerty na które od lat przychodzą rzesze fanów. Sam w ciągu ostatnich lat widziałem kilkanaście koncertów TSA i żaden z nich nie był nudny czy banalny – ta piątka facetów ma w sobie to coś, co miały lub mają wszystkie klasyczne rockowe składy; od Pink Floyd przez Led Zeppelin po Purpli: rockową chemię, wyzwalaną przez koncertowy pierwiastek.
 
Co ciekawe jednak; na sklepowych półkach od lat nie można było znaleźć płyt TSA, więc fani, zwłaszcza ich młodsze pokolenie, znaleźli się w nie lada kłopocie. Ostatecznie udało się przełamać ten impas i na rynek trafia właśnie pierwsza reedycja z back katalogu TSA – pięknie wydany „Proceder”. Więcej dowiecie się z wywiadu, którego udzielili nam wszyscy muzycy zespołu.
 
W czerwcowym numerze także inna duża historia - David Coverdale i jego Whitesnake wydali właśnie … „Purple Album”. Tak, tak – tytuł zupełnie nieprzypadkowy bowiem David postanowił zatoczyć koło i jeszcze raz zmierzyć się z utworami Deep Purple, których współtwórcą był 40 lat temu. W momencie gdy zapowiedziano ten album wielu fanów miało mu to za złe, okazało się jednak, że Whitesnake wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, a klasyczne utwory Deep Purple zyskały nowy czar...
 
Darek Świtała

 

ALBUM MIESIĄCA

WHITESNAKE
Purple Album
(Frontiers)
 
W chwili gdy świat obiegła wiadomość o najnowszych planach wydawniczych Davida Coverdale'a i jego Białego Węża pomyślałem; to przykre, że artysta tej klasy pozwala sobie na odgrzewanie kotletów... W tej opinii utwierdził mnie jeszcze bardziej „Burn”, który na rozgrzewkę mianowany został do rangi zwiastuna całego albumu. Kwadratowo zagrany riff, nagromadzenie doskonałych technicznie, ale średnio porywających solówek gitarowych i zmęczony, obniżony o cały ton głos samego Coverdale'a. I to byłoby tyle w kwestii narzekania. Po przesłuchaniu całej płyty już za pierwszym razem przeżegnałem się lewą ręką. Jak ogromną siłę i potencjał mają utwory, które Deep Purple stworzyli pod banderą Mark 3 i Mark 4, choć nie ma wątpliwości, że prym wiodą nuty napisane piórkiem Ritchiego Blackmore’a. Z każdym kolejnym podejściem do tego albumu czułem jak mój kardiolog zaciera rączki. Najpierw w nieskończoność wracałem do genialnej wręcz wersji utworu The Gypsy. Cóż za solówki, cóż za wokale i jakże piękne mięsiste brzmienie, które pod względem produkcji całego albumu zasługuje na dużego „fejsbukowego lajka”. Z butów wyrwał mnie także, na dzień dobry, utwór „Lady Double Dealer”, którego wcześniej fanem nie byłem, jednak w tej wersji jest to po prostu miazga (te beatlesowskie przyśpiewki w bridge’u – palce lizać). Bluesowym slidem na gitarze akustycznej dosyć niewinnie zaczyna się „Might Just Teake Your Life”, by chwilę później eksplodować jak najniebezpieczniejszy ładunek wybuchowy. Podobnie niewinnie zaczyna się utwór „Sail Away” tyle, że tutaj ta niewinność, wynikająca z ciepłych akustycznych gitar i chóralnej wręcz oprawy wokalnej, pozostaje do samego końca. Jakże inna jest to wersja od oryginału, gdzie prym wiodła sekcja rytmiczna i po raz pierwszy używane przez Jona Lorda syntetyzatory. Cudo! A jeśli już przy akustycznych tematach jesteśmy, to nie mogło zabraknąć na tej płycie pomnikowego zaśpiewu „Soldier Of Fortune” choć szkoda, że tylko odrobinkę różniącego się od różnorakich wersji, które znamy i gdyby nie genialny głos Davida byłoby chyba słabiej niż w wersji, która trafiła na album „Celebraiting Jon Lord”...
Gitara akustyczna pojawia się jeszcze w obszernej introdukcji utworu „Holy Man”. Tak! David pokusił się o partie, które pierwotnie śpiewał Glen Hughes i wychodzi mu to na tyle dobrze, że czasem gasną w głowie myśli „dlaczego David nie zaprosił Glena na ten wyjątkowy album?”. Wokali Hughesa oczywiście brakuje, zwłaszcza w drugich głosach, a jeśli chodzi o konkretną kompozycję, która coś przez to straciła, to wskazałbym „You Keep On Moving”. Na szczęście utwór brzmi w tym nowym, nieco udoskonalonym aranżu, kapitalnie. Problem miałem z zaakceptowaniem nowego wizerunku „You Full No One”, który stracił lotność i groove, a zyskał jedynie na potężnej masie. Z czasem jednak zauważyłem, że podkręcam głośność gdy leci ten kawałek. Kiedy słyszę „Lay Down Stay Down”, zaczynam zastanawiać się jak to jest, że nawet jeden z najmniej zauważalnych kawałków tamtego okresu działalności Purple ma w sobie tyle geniuszu? Ta nowa wersja urywa pewną część ciała, o której nie wypada tutaj pisać. Mamy jeszcze „Love Child” czyli prawdopodobne najsłabszy punkt programu, ale ten numer z okresu Bolina nigdy szczególnie nie porywał, chyba, że porównać go do utworów powstałych za czasów Morse’a... Zaś na sam koniec „Stormbringer”, który znakomicie zamyka album i udowadnia, że Coverdale jasno i wyraźnie deklaruje, że to wszystko jest tylko zwiastunem prawdziwej burzy. W tym wypadku burzy mega pozytywnych emocji, które sprawiają, że każdy fan Purpli z przyjemnością wzruszy się, wspominając pierwsze potyczki z pierwowzorami, oraz odkryje wiele ciekawych smaczków w tym co nowe. David nie poszedł na łatwiznę i sprawił całej purpurowej rodzinie wspaniały prezent. Jestem przekonany, że nawet po latach ten album będzie należycie uhonorowany przez fanów.
 
Piotr Brzychcy